niedziela, 29 czerwca 2014
UN-GO
Obstawiam, że ten tytuł coś znaczy, ale nie jestem dobra w tłumaczeniach, więc nic nie znaczy. Obejrzałam to anime pod wpływem mnóstwa grafik z główną/ym bohaterką/em. Było to już moje kolejne anime detektywistyczne. Niestety, zawiodłam się na nim. Pod względem... Wszystkiego, oprócz bohatera/ki, który/a sprawił/a, że zaczęłam je oglądać.
Fabuły właściwie żadnej. Przez prawie wszystkie odcinki ten sam schemat, Shinjurou i Inga rozwiązują jakąś banalną zagadkę, po jakimś czasie Inga przymusza kogoś do odpowiedzi i bach, zagadka rozwiązana, wszyscy są szczęśliwi, oprócz tych, co ją rozwiązali, bo całą śmietankę zgarnęli Ci, co prawie nic nie robili. Parę razy podobny schemat dział się przez dwa-trzy odcinki, ale jedyną dłuższą i fajniejszą sytuacją była akcja w więzieniu z "Pisarzem". Niestety, wszystko przybrało ciekawszy obrót dopiero pod koniec.
Chyba wyłapywałam intencje autorów, chcieli stopniowo dozować odpowiedzi na pytania, ale wyszło na to, że wszystko dali w ostatnich minutach ostatniego odcinka. Mnie osobiście to nudziło do trzech ostatnich odcinków.
Postacie nie podobały mi się. Nie miały określonego charakteru, niejedni zmieniali się przynajmniej raz na dwa odcinki. Jedyną ciekawą postacią był/a Inga, bezpłciowy towarzysz Shinjurou. Na resztę nawet nie ma co zwracać uwagi, szansa na to, że zobaczycie ich więcej niż dwa razy jest dosyć mała. Nie tyczy się to oczywiście naszej trójki głównych bohaterów i jeszcze paru osób (przyznaję się, po prostu nie pamiętam imion). Jednak ja po prostu nie lubię postaci, które przez pół serii powiedzą dwa słowa, a potem okazują się tak głębocy, że aż zaczynasz szukać drogi powrotnej do brodzika. Wy możecie mieć inne zdanie.
Kreska zdecydowanie pasowała do ogólnego klimatu anime, co nie oznacza, że jest wyjątkowo dobra. Główny bohater wyglądał po prostu jakby chorował na anoreksję, uprzednio połykając kij od szczotki. Mi nie podobały się postacie męskie, kobiety wyszły ładnie. Tła też nie raziły w oczy. Ogólnie, to nic nie powalało, nic nie sprawiało, że moje oczy krwawiły i wyszło na to, że charakter anime został bardzo fajnie oddany. Animacje były również płynne.
Opening i ending zaczęłam znosić dopiero pod koniec serii, czyżby w grę wchodziła adaptacja zmysłu słuchu? Zdecydowanie nie były to moje klimaty. Ale jeśli miałabym wybierać, to lepszy jest ending. Podsycał ciekawość widza, o ile takową posiadał.
Na początku cała ta seria niesamowicie mnie nudziła, jednak stopniowo wciągała, a pod koniec oglądałam już w stanie "Mamo!!! Tylko jeden!!!". Nie polecam fanom szybko toczącej się akcji, a jeśli masz niesamowicie dużą cierpliwość, to zezwalam na obejrzenie. Całe anime jest przeciętne, więc pozostanę pod jego względem neutralna i nie będę go wartościować.
~ Licia
czwartek, 19 czerwca 2014
No Game No Life
"Żadnej gry, żadnego życia"
Cóż za kolorowe anime! Już od dawna nie zachwyciłam się czymś tak bardzo jak tą serią, wydaje mi się, że w chwili obecnej jest jeszcze tylko jedna komedia którą tak mocno polubiłam.
Akcja rozpoczyna się we współczesnym Tokyo, na samym początku serii poznajemy rodzeństwo "no lif'ów", uzależnionego od gier, niesamowitego stratega, Sorę oraz jego uroczą młodszą siostrzyczkę, geniusza w wielu dziedzinach, Shiro.
Oboje cierpią na ciężki przypadek fobii społecznej w wyniku której cały czas spędzają zamknięć w swoim pokoju grając w przeróżne sieciówki.
Są naprawdę niesamowitymi graczami i jeszcze nigdy nikomu nie udało się ich pokonać. W Internecie stają się prawdziwą legendą, ponieważ nigdy nie nazywają swoich kont internauci ochrzcili ich mianem "Pustych".
Nienawdzią prawdziwego świata, uważają go za beznadziejną grę, która pozbawiona jest jakiegokolwiek celu.
Pewnego dnia rodzeństwo otrzymuje tajemniczego maila od nieznanego nadawcy. Proponuje im on grę. Nie zastanawiając się długo rodzeństwo przyjmuję wyzwanie. Okazuje się, że tą "arcy trudną" grą są szachy. Oczywiście serię pojedynków wygrywają Puści, dzięki geniuszowi Shiro (10 do 120 różnych ustawień szachownicy!) oraz logicznemu myśleniu Sory.
Od tajemniczego nadawcy nadchodzą kolejne wiadomości. W jednej z nich pyta się on rodzeństwa co by zrobili gdyby mogli odrodzić się w świecie gdzie wszystko jest grą. Oczywiście odpisują, że bardzo chętnie odwiedziliby taki świat.
I w tej chwili ich życie zmienia się niemal o 180 stopni.
Zostają zabrani ze swojego cichcego świata gier do prawdziwego świata fantasy.
Okazuję się, że nadawcą tajemniczych wiadomości jest Tet - samozwańczy bóg idealnego świata w którym wszystkie spory rozwiązywane są za pomocą gier.
Świat ten żądzi się 10 prawami, nie wolno między innymi zabijać, oszukiwać, a zakładów zawsze należy dotrzymywać.
Rodzeństwo startuje w turnieju o tron Elkii, ostatniego miasta zamieszkanego przez Imanity, rasę ludzką.
Już wkrótce postanawiają podbić cały świat gry.
Tylko czy im się to uda?
Jak już wcześniej wspomniałam głównymi bohaterami serii jest "przeurocze" rodzeństwo NEETÓW. Na swojej drodze spotykają oni również innych, równie ciekawych.
Mamy na przykład Stephanie "Stefkę" Dola, wnuczkę byłego króla Elkii. W zasadzie na pierwszy rzut oka wydaje się ona kąpletną idiotką, jest zdolna nawet do przegrania tronu w turnieju pokerowym.
Jednak czasami miewa przebłyski geniuszu, w zasadzie nie wiem jeszcze co o niej sądzić, jest... wyraźnie do tyłu z inteligencją.
Następnie poznajemy elfkę, Fi oraz jej służącą, właściwie to nie wiem jakie łączą je relacje, Kurami Zell. Kurami o mały włos nie doszła do tronu za pomocą oszustw i wykorzystywania magii elfów.
Kolejną bohaterką małego haremu Sory będzie Jibril. Jest Skrzydlatym, dawniej służyła jako broń do niszczenia bóstw, sama wspomniała o swoim upadku w wyniku którego "przypadkiem" zabiła tysiące "tych leśnych troglodytów", elfów.
Jednak wcale nie jest taka groźna, czego dowiedziałam się kiedy w zapętleniu oglądałam jak ślini się na tablet...
Animacje są raczej dobrze wykonane, nie widziałam większych problemów. Seria jest bardzo kolorowa, to stara i dobra sztuczka mająca na celu odwrócenie naszego wzroku od wszelkich pomyłek.
Kreska jest cudowna, uwielbiam ją. Jedyny problem stanowią tła, jednak są one beznadziejne tylko kiedy znajdujemy się w Elkii.
Niezwykle spodobała mi się za to tajemnicza sadzawka nad którą przesiadują Kurami i Fi.
Opening, ending oraz całe OST uważam za jedno z najlepszych jakiego miałam okazję słuchać. A zwykle wszystko przewijam.
Ogólnie anime polecam faną takich serii jak SAO, Angel Beats! oraz wszelkich komedii pełnych wzruszeń i odrobiny ecchi.
Shikabane Hime
Wybaczcie, jest to stara recenzja przekopiowana ze strony kocieotaku.blogspot.com. Nie mam pomysłu na nowe recenzje.
Nareszcie udało mi się obejrzeć "Shikabane Hime" w całości. Jest to anime wyprodukowane i wyemitowane w latach 2008-2009 przez GANIAX. Autorem scenariusza jest Shou Aikawa, natomiast wyreżyserowane jest w całości przez Masahiko Murata.
Fabuła w całości obraca się wokoło kultu Kougon (spotkałam się również z nazwą Kougonshuu) zajmującego się walką z Shikabane. Są to istoty które za życia zbyt mocno się do czegoś przywiązały i po śmierci powracają do życia jako podobne do ludzi potwory. Ich nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza 'Martwe zwłoki'. Kult Kougon odkrył sposób w jaki można z nimi skutecznie walczyć. Shikabane dziewcząt w odpowiednim wieku mogą zostać tytułowymi Shikabane Hime (Księżniczką martwych zwłok). Zostają one połączone z szkolonym, zakątraktowanym kapłanem poprzez En (coś w rodzaju sieci). Dzięki temu mogą one otrzymywać od niego Run zastępującą energię życiową
Na samym początku anime poznajemy Hoshimurę Makinę, Shikabane Hime Keseia Tagamine. Dziewczyna zginęła w bardzo bolesny i tragiczny sposób, ale o tym dowiemy się w dalszej części serii.
Podczas walki z shikabane Makina przez przypadek wpada na zupełnie zwykłego, tak by się przynajmniej wydawało, licealistę, Ouriego Kagamine, brata Keseia.
Od tej pory zafascynowany śmiercią Ouri bez przerwy będzie się wtrącał w sprawy kultu Kougon, co ostatecznie nie skończy się dla niego dobrze.
Przejdźmy do oceny postaci:
Hoshimura Makina - została narysowana w bardzo staranny i szczegółowy sposób. Co jednak nie zmienia faktu, że czasami porusza się w sposób nienaturalny. Do tego naboje w jej magazynkach nigdy się nie kończą...
Z charakteru nie wiele można wyczytać. Jest bardzo przywiązana do Keseia i życia. W prawdzie twierdzi, że pogodziła się ze swoją śmiercią, ale czasami wydawało mi się, że nie do końca. Nie wierzy w niebo, została shikabane hime tylko po to by zlikwidować odpowiedzialnych za swoją śmierć.
Kesei Tagamine - zakontraktowany kapłan. Zboczeniec który bez końca wrabia swojego brata w posiadanie niecenzuralnych przedmiotów. Jednak tak naprawdę bardzo troszczy się o Ouriego i Makinę. On również został narysowany bardzo dokładnie, jednak zirytowały mnie jego okularki.
Ouri Kagamine - brat przygarnięty przez Keseia w wieku 4 lat. Sposób narysowania Ouriego przypomina mi DNAngel... dlatego nie za bardzo mi się spodobał. Jak w większości takich serii jest on irytujący i nie ogarnięty do granic możliwości. Ciągle myśli o shikabane hime jak o żywych istotach. Przeczenia swoje umiejętności i... jest odrobine dziwny.
Tylko tylu bohaterów można opisać nie zdradzając fragmentów fabuły i zakończenia.
Jak wspomniałam wcześniej kreska jest bardzo dopracowana, jednak w wielu momentach widać braki w animacjach. Postaci, a zwłaszcza shikabane hime podczas walki, wykonują conajmniej nienaturalne ruchy. Wygląda to jakby ktoś wyciął kilka klatek z sekwencji walki.
OST właściwie w większości jest sprawką Angeli. Szczerze przyznaje, nie jestem fanką jej głosu, ale w tym anime poradziła sobie świetnie. Idealnie oddała nastrój całej serii.
Generalnie całe "Shikabane Hime" bardzo mi się spodobało. Uwielbiam je za ilość przelanej krwi i fakt, że przesłania należy poszukać.
Polecam wszystkim, zwłaszcza faną serii Blood.
Nareszcie udało mi się obejrzeć "Shikabane Hime" w całości. Jest to anime wyprodukowane i wyemitowane w latach 2008-2009 przez GANIAX. Autorem scenariusza jest Shou Aikawa, natomiast wyreżyserowane jest w całości przez Masahiko Murata.
Fabuła w całości obraca się wokoło kultu Kougon (spotkałam się również z nazwą Kougonshuu) zajmującego się walką z Shikabane. Są to istoty które za życia zbyt mocno się do czegoś przywiązały i po śmierci powracają do życia jako podobne do ludzi potwory. Ich nazwa w dosłownym tłumaczeniu oznacza 'Martwe zwłoki'. Kult Kougon odkrył sposób w jaki można z nimi skutecznie walczyć. Shikabane dziewcząt w odpowiednim wieku mogą zostać tytułowymi Shikabane Hime (Księżniczką martwych zwłok). Zostają one połączone z szkolonym, zakątraktowanym kapłanem poprzez En (coś w rodzaju sieci). Dzięki temu mogą one otrzymywać od niego Run zastępującą energię życiową
Na samym początku anime poznajemy Hoshimurę Makinę, Shikabane Hime Keseia Tagamine. Dziewczyna zginęła w bardzo bolesny i tragiczny sposób, ale o tym dowiemy się w dalszej części serii.
Podczas walki z shikabane Makina przez przypadek wpada na zupełnie zwykłego, tak by się przynajmniej wydawało, licealistę, Ouriego Kagamine, brata Keseia.
Od tej pory zafascynowany śmiercią Ouri bez przerwy będzie się wtrącał w sprawy kultu Kougon, co ostatecznie nie skończy się dla niego dobrze.
Przejdźmy do oceny postaci:
Hoshimura Makina - została narysowana w bardzo staranny i szczegółowy sposób. Co jednak nie zmienia faktu, że czasami porusza się w sposób nienaturalny. Do tego naboje w jej magazynkach nigdy się nie kończą...
Z charakteru nie wiele można wyczytać. Jest bardzo przywiązana do Keseia i życia. W prawdzie twierdzi, że pogodziła się ze swoją śmiercią, ale czasami wydawało mi się, że nie do końca. Nie wierzy w niebo, została shikabane hime tylko po to by zlikwidować odpowiedzialnych za swoją śmierć.
Kesei Tagamine - zakontraktowany kapłan. Zboczeniec który bez końca wrabia swojego brata w posiadanie niecenzuralnych przedmiotów. Jednak tak naprawdę bardzo troszczy się o Ouriego i Makinę. On również został narysowany bardzo dokładnie, jednak zirytowały mnie jego okularki.
Ouri Kagamine - brat przygarnięty przez Keseia w wieku 4 lat. Sposób narysowania Ouriego przypomina mi DNAngel... dlatego nie za bardzo mi się spodobał. Jak w większości takich serii jest on irytujący i nie ogarnięty do granic możliwości. Ciągle myśli o shikabane hime jak o żywych istotach. Przeczenia swoje umiejętności i... jest odrobine dziwny.
Tylko tylu bohaterów można opisać nie zdradzając fragmentów fabuły i zakończenia.
Jak wspomniałam wcześniej kreska jest bardzo dopracowana, jednak w wielu momentach widać braki w animacjach. Postaci, a zwłaszcza shikabane hime podczas walki, wykonują conajmniej nienaturalne ruchy. Wygląda to jakby ktoś wyciął kilka klatek z sekwencji walki.
OST właściwie w większości jest sprawką Angeli. Szczerze przyznaje, nie jestem fanką jej głosu, ale w tym anime poradziła sobie świetnie. Idealnie oddała nastrój całej serii.
Generalnie całe "Shikabane Hime" bardzo mi się spodobało. Uwielbiam je za ilość przelanej krwi i fakt, że przesłania należy poszukać.
Polecam wszystkim, zwłaszcza faną serii Blood.
wtorek, 17 czerwca 2014
Spice and Wolf
Trochę idiotycznie brzmi "Przyprawa i Wilk", więc oficjalnie uznam, że nie jestem pewna polskiego znaczenia tego tytułu. Zainteresowałam się tą serią dzięki grafikom na jednej ze stron z takowymi. Ponieważ moja koleżanka oglądała to wcześniej, uprzedzała mnie, że jest ona nudna, jednak zaskoczyłam się pozytywnie, ponieważ wcale tak nie było, wręcz przeciwnie, to anime wylądowało w mojej "topce".
Zacznijmy od zapoznania się z fabułą:
Lawrence jest zwykłym kupcem. Jednak gdy przybył do pewnej wioski, trafił akurat na święto ludowe. Po uczestniczeniu w nim, jeszcze tej samej nocy spotyka wilczą boginię - Horo. Początkowo nie jest nią kompletnie zainteresowany, jednak po kilku dniach wilczyca przekonała go do wspólnej podróży. Kupiec pomaga jej odnaleźć dom sprzed lat.
Odwiedzają mnóstwo miast, przeżywają niesamowite przygody i dokonują bardzo ryzykownych transakcji.
Czy uda im się dosięgnąć celu? Czy uczucie rodzące się pomiędzy nimi ma sens?
Pod względem fabularnym ta seria lekko wiała nudą. Rzadko kiedy akcja toczyła się szybko. Jednak na scenach handlu byłam niesamowicie podekscytowana, te momenty trzymają widza w napięciu niemal cały czas, dokonują częstych zwrotów akcji. Wątek miłosny też jest dobrze rozwinięty, a klimat średniowiecza idealnie stworzony i utrzymany.
Kreska w anime znacząco różniła się od tej mangowej. Jednak mi to nie przeszkadzało. Użyte kolory były dla mnie nieco zbyt "pastelowe", ale każdy ma inny gust. Tła nie były bardzo zmienne, każda karczma i każde pole wyglądało mniej więcej tak samo. Jednak to, czego było niewiele było dobrze zrobione.
Muzyka bardzo mnie zawiodła. Na openingu i endingu prawie zasypiałam, nie pasowały do akcji, brzmiały jak kołysanki do spokojnej drzemki przy ognisku. Muzyki w tle nie wyłapałam, ale ponieważ rzadko kiedy zwracam na nią uwagę, mogłam po prostu jej nie zauważyć.
Anime nie nadaje się raczej dla widzów oglądających tylko dla szybkiej akcji, bo takowej w ogóle nie było. Raczej polecam osobom wyłapującym szczegóły i używającym szarych komórek.
Mi osobiście bardzo się podobało, ale ostateczną ocenę pozostawiam każdemu z was osobno, bo przecież każdy ma własne zdanie.
~ Licia
Shingetsutan Tsukihime
"Kroniki Księżycowej Księżniczki" są kolejnym anime opartym na fabularnej grze o takim samym tytule i mimo okrojonego zestawu bohaterów ogólną realizację projektu oceniam bardzo wysoko.
Zacznijmy jednak od fabuły, seria opowiada historię nastolatka o wdzięcznym imieniu Shiki (tak, to słowo znaczy "Truchło"), który posiada niesamowitą zdolność. Potrafi zobaczyć tak zwane "linie śmierci". Są to czerwone sznureczki, których nikt inny nie jest w stanie dostrzec. Wystarczy je przeciąć by pozbawić kogoś życia, lub zniszczyć jakiś przypadkowy przedmiot.
Pewnego dnia Shiki spotyka wampirzą księżniczkę. Przy pierwszym spotkaniu postanawia użyć na niej swoich mocy i pociąć na kilkanaście fragmentów. Na szczęście będziemy ją mogli spotkać w kolejnych odcinkach, ponieważ tajemnicza dziewczyna posiada niesamowite zdolności regeneracyjne.
Już w krótce młodzieniec zostanie wplątany w niesamowitą walkę pomiędzy tajemniczymi osobnikami.
Najgorsze w ttm wszystkim jest to, że chłopak nie wie nawet po której stronie powinien stanąć.
Animacja jest jak zwykle w dziełach TypeMoon jest na bardzo wysokim poziomie, niestety tym razem bardzo zawiodłam się na kresce i rysunkach postaci. W kilku miejscach zastanawiałam się czy przypadkiem nie przyłożyli się bardziej do tła, niż postaci pierwszoplanowych.
Warto wspomnieć o openingu. Nie jest on bardzo rozwinięty. Zarówno pod względem muzyki leżącej w tle, jaki i pod względem kilku zmontowanych scen.
Jednak motyw spadania z wierzy połączony ze spadającą figurą szachową nigdy nie pozwolił mi się przewinąć.
Wydaje mi się, że jest to odrobinę zbyt artystyczny jak na horror.
Bez bicia przyznam się do winy, nigdy nie dotrwałam do końca endingu.
Generalnie anime nie powala, ale też nie usypia. Jeśli szukasz czegoś co przywróci Ci wiarę w wampiry jest to zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów jakie mogę polecić.
sobota, 14 czerwca 2014
11eyes
"11gałek ocznych"
Nie ma znaczenia jak bardzo producenci starali się nas zachęcić do tego anime, absolutnie odnieśli porażkę na prawie wszystkich frątach.
Idealnie wykonana grafika oraz płynne animacje zwykle wystarczą by anime mnie uwiodło, a w dodatku zwykle właśnie anime idealne od strony technicznej odnoszą ogromny sukces, ale nie 11eyes.
Zacznijmy jednak od początku. Pomysł zrodzony w głowie twórcy musiał wydać się studiu na tyle ciekawy, że podjęto realizacje kosztownego (ze względu na kolory, animacje) "dzieła".
Sama fabuła powinna sprzedać się całkiem dobrze, ale wystarczy jedna irytująca postać, w dodatku postać ta zostaje główną bohaterką, by cały plan legł w gruzach.
11eyes nie przedstawia w sobie niczego ciekawego, niby jest w nim akcja, ale gdzie? Niby jest zaplanowana fabuła, ale jaka? Niby mamy harem, ale co to za harem? Nigdy nie widziałam gorszego. Mamy tu pełno ładnych dziewczyn, mamy nawet ecchi, ale naprawdę przesadzone i często przekraczające granicę dobrego smaku.
Sama nie jestem w stanie uwierzyć, że udało mi się dobrnąć do końca takiego śmieciowego i zkomercjalizowanego anime.
Jakimś cudem tego dokonałam i wreszcie, po latach, mogę się spokojnie na nim odegrać.
Nie mam niczego do zarzucenia openingowi, był o wiele ciekawszy od całej serii, mimo swojego bezwątpliwego "żywego" zaspoilerowania zakończenia, ale to już maleńki okruszek w ogólnym bałaganie.
Bohaterowie... czy tylko ja miałam ochotę wybić wszystkich i zostawić Kukuri? Miała przynajmniej jakąś głębię i historię do zaprezentowania. Bardzo mi przykro, że nie zdobyła się na siłę i nie zabiła reszty bohaterek. Kakeru wreszcie wyzwoliłby się od piskliwej "przyjaciółki", nawiasem mówiąc nigdy nie będę w stanie zrozumieć ich relacji.
Reszta? Szkoda mojego czasu, waszego z resztą też.
Jeśli w oglądaniu anime interesują Cię tylko marne i naciągane sceny ecchi, to proszę bardzo. To wszystko czym tak naprawdę jest 11eyes, nic głębszego się w nim nie chowa, nawet z łopatą niczego nie znajdziesz.
Bardzo się zdołowałam i zawiodłam.
~ Żmijka
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Shaman King
Na każdym blogu z recenzjami powinna ukazać się recenzja Shaman King.
Shaman King czyli Król Szamanów.
To było moje pierwsze (nieświadome) anime.
Pamiętam, że jako sześciolatka oglądałam je o północy czekając na następny odcinek na kanale Jetix.
Osobiście bardzo ono mi się spodobało.
Ma rozwiniętą fabułę (cenię to najbardziej w anime).
Fabuła tego anime skupia się wokół szamanów. Szaman w tym anime to osoba, która stanowi pomost między światem materialnym, a duchowym.
Szamani jednoczą się z siłami z zaświatów lub siłami natury.
Kluczem fabuły jest zdobycie pozycji tytułowego Króla Szamanów i możliwości połączenia się z Królem Duchów oraz wykorzystania swojej pozycji w własnym celu.
Wyłonienie Króla Szamanów odbywa się w anime co pięćset lat w tzw. Turnieju Szamanów.
Bohaterzy anime mają różne typy osobowości. Yoh jest melancholijny, Anna wybuchowa i nieobliczalna, Rem dumny. Jedną z mroczniejszych postaci jest brat bliźniak Joh'a - Hao Asakura.
Głosy postaci są moim zdaniem dopasowane (najlepiej dopasowany głos ma Hao).
Opening jest zajebisty... moje zdanie.
Kreska anime jak na lata 2001/2002 jest zadowalająca - nie czepiam się.
Jesli chodzi o wygląd postaci to są one oryginalne.
Całe anime jest interesujące.
Mój brat wypowiedział się na jego temat:
" Jak na tamte czasu to ono zrobiło na mnie wrażenie aczkolwiek wolę inne tematy. Postać Joh była nieco "przekoloryzowana" "
Polecam osobom mniej wybrednym i tym co lubią przygodówki i nadprzyrodzone.
Polecam osobom mniej wybrednym i tym co lubią przygodówki i nadprzyrodzone.
/Panna Lawsford
No.6
Więc moja pierwsza recenzja będzie o No.6
To anime przypadło mi do gustu aczkolwiek nie jest moim ulubionym.
Bardzo podoba się zazwyczaj ludziom fabuła ale większość i tak czuje
niedosyt po końcówce. Wielu osobom nietolerancyjnym nie spodobają się
relacje między dwoma głównymi bohaterami - Nezumi i Shionem (moim
zdaniem w niektórych momentach przesłaniają one fabułę).
Świat No.6 jest pozornie idealny. W swoje dwunaste urodziny, Shion daje schronienie uciekinierowi , który przedstawia się jako Nezumi (w tym przypadku jego imię znaczy "Mysz" co zostało zdradzone w 5 tomie powieści). Chłopak spędza noc u Shiona poczym znika. Po czterech latach, Shion w pracy styka się z dwoma dziwnymi śmierciami spowodowanymi przez owada w rodzaju osy. Zostaje on aresztowany i oskarżony o zatajenie informacji. Wtedy pomaga mu Nezumi, który zabiera go dow swojej kryjówki /taki krótki opis.
Głównym jednak wątkiem anime jest ponowne spotkanie Shiona i Nezumiego. Od chwili ich spotkania akcja toczy się strasznie szybko. Anime jest okrojone z bardzo wielu wątków jeśli się bierze pod uwagę powieść.
Strona graficzna jest zadowalająca. Wszystko jest bowiem dopracowane aż po same detale. Muzyka, która jest w tle nie zwraca uwagi, a poza tym opening i ending są przyjemne. Głosy postaci, mi nie pasują ale da się przeżyć. Tło akcji jest jak już mówiłam zadowalające.
Bohaterzy głowni istotnie różnią się od siebie. Shion jest inteligentnym chłopcem, a Nezumi bardziej zaś cyniczny. Jednak da się przyznać, że coś ich łączy.
Świat No.6 jest pozornie idealny. W swoje dwunaste urodziny, Shion daje schronienie uciekinierowi , który przedstawia się jako Nezumi (w tym przypadku jego imię znaczy "Mysz" co zostało zdradzone w 5 tomie powieści). Chłopak spędza noc u Shiona poczym znika. Po czterech latach, Shion w pracy styka się z dwoma dziwnymi śmierciami spowodowanymi przez owada w rodzaju osy. Zostaje on aresztowany i oskarżony o zatajenie informacji. Wtedy pomaga mu Nezumi, który zabiera go dow swojej kryjówki /taki krótki opis.
Głównym jednak wątkiem anime jest ponowne spotkanie Shiona i Nezumiego. Od chwili ich spotkania akcja toczy się strasznie szybko. Anime jest okrojone z bardzo wielu wątków jeśli się bierze pod uwagę powieść.
Strona graficzna jest zadowalająca. Wszystko jest bowiem dopracowane aż po same detale. Muzyka, która jest w tle nie zwraca uwagi, a poza tym opening i ending są przyjemne. Głosy postaci, mi nie pasują ale da się przeżyć. Tło akcji jest jak już mówiłam zadowalające.
Bohaterzy głowni istotnie różnią się od siebie. Shion jest inteligentnym chłopcem, a Nezumi bardziej zaś cyniczny. Jednak da się przyznać, że coś ich łączy.
Po za tym nie było w tym anime aż tak dużo bohaterów. Safu jest moim zdaniem nieco zwariowana po tym jak wyskoczyła z prośbą o nasienie -.-'
Pozostałe postacie są "normalne" moim zdaniem.
Zazwyczaj polecam te anime osobom, które zaczynają swoją przygodę z A&M lub lubią anime typu shounen-ai. Jednak to anime ma moim zdaniem mniej więcej wartościową fabułę i jest dla każdego.
Zazwyczaj polecam te anime osobom, które zaczynają swoją przygodę z A&M lub lubią anime typu shounen-ai. Jednak to anime ma moim zdaniem mniej więcej wartościową fabułę i jest dla każdego.
/Panna Lawsford
niedziela, 8 czerwca 2014
Love Stage
Dla informacji - TAK, czytam i oglądam Yaoi. Problem?
Anime już w lipcu!
Boże Święty, nie chce mi się tłumaczyć tak prostego tytułu. Wysilcie tłumacza google. Wróćmy do recenzji. Właściwie, to nie jest manga, a novelka. Aczkolwiek i tak zasługuje na recenzję. Jest to moje pierwsze Yaoi, ale sądzę, że jedno z lepszych. Nawet "ostre" sceny były ładnie ukazane.
Kreska wręcz przepiękna. Rysunki postaci wykonywane były bardzo szczegółowo i proporcjonalnie. Nawet "złe" rysunki do mang głównego bohatera były naturalne. Podziwiam twórcę za tak dobrze wykonaną pracę. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Na niektóre obrazki mogłabym się gapić non-stop
Izumi Sparkluje!
Za postacie też duży plus. Nie były typowe dla romansideł, miały charakter. Miło było patrzeć jak rozmawiali ze sobą, kłócili się itp. Było to takie... "ludzkie". Zachowano realizm. Mnóstwa postaci nie było, chyba, że trzecio-planowe fanki się liczą. Ale, jak to w romansach bywa, prawie wszystko przytłaczała parka głównych bohaterów. Dzięki nim nic, tylko szczerzyłam się do ekranu.
Izumi bardzo chce zostać mangaką. Jednak ma pewien problem - cała jego rodzina, matka, ojciec i brat obracają się w show-biznesie i chce wciągnąć też jego. Jednak chłopak po pewnym zdarzeniu nie chce mieć nic do czynienia ze sławą.
Kiedy był mały, rodzina wciągnęła go w casting dla sklepu z sukniami ślubnymi. Miał grać dziewczynkę, która złapie kwiaty rzucone przez pannę młodą. Na planie poznał Ryomę, który zakochał się w nim jako dziewczynie od pierwszego wejrzenia. Izumi przeżył na planie traumę i postanowił, że nigdy nie wróci pod światła jupiterów. Jednak los chciał inaczej.
Dziesięć lat później nastała reaktywacja reklamy. Ponowne spotkanie Izumiego i Ryomy było dość... Ciekawe. Chłopak dowiedział się o prawdziwej płci Izumiego, ale po jakimś czasie zorientował się, że mu to nie przeszkadza. Jednak Izumi go odtrąca i stara się skończyć swoją mangę na konkurs.
Czy Izumi zgarnie pierwsze miejsce? Czy miłość Ryomy zostanie odwzajemniona? Dowiemy się czytając.
Czytając, bardzo podobało mi się, że romans nie przytłaczał wszystkiego. Główny bohater miał też miał swoje zainteresowania za co duży plus.
Zdecydowanie polecam wszystkim yaoistkom, które szukają czegoś "ostrego" i z fabułą.
~ Licia
środa, 4 czerwca 2014
Death Note
Witam. Dzisiejsza recenzja będzie o… Proszę o werble!
Death Note
Hahaha. Uznałam, że na każdym blogu o recenzjach powinien
się znaleźć post o właśnie tym anime, więc postanowiłam, że go zorganizować.
Dziś zrobiłam troszeczkę inna wersję recenzji, a dokładnie recenzję z kilku
stron. Po prosiłam dwie osoby o ocenę anime. Przed poznaniem opinii
zaprezentuję krótki opis fabuły, kreski i muzyki.
Anime powstało w 2006 roku, więc posiada swoje lata, a nadal
jest popularne. Już po wydaniu pierwszego odcinka anime podbiło ono serca fanów
i wiele osób naprawdę nie mogło się doczekać ciągu dalszego.
Przejdę już do fabuły. Anime opowiada o inteligentnym i sprytnym licealiście, który nosi imię Light Yagami. Pewnego dnia znajduje on czarny notatnik z napisem „Death Note”. Otwiera go i czyta instrukcję obsługi. „Jeśli ktoś wpisze imię oraz nazwisko osoby, której twarz znamy, ta umiera w określonych przez nas okolicznościach w ciągu 40 sekund. Jeśli w ciągu tych 40 sekund od zapisania imienia ofiary nie zostaną wpisane okoliczności śmierci, osoba umrze na zawał serca”.
Co w takich okolicznościach robi Light? Chce zmienić świat i pod pseudonimem „Kira”
(Z angielskiego Killer) wciela swój plan w życie. Oczywiście nie wszystko idzie
po myśli głównego bohatera.
Jak na 2006 rok, kreska jest naprawdę dobra.Chociaż wiem, że każdemu nie przypadnie ona do gustu. Osobiście
strasznie mi się podoba. Dużym plusem dla niej jest to, że pasuje do klimatu
anime. Pojawia się dużo szczegółów i
nieraz myślę, że obecne anime są gorzej wykonane niż Death Note, a mimo
wszystko dzieli je 8 lat.
Muzyka mnie niestety nie zachwyciła, mam swoje wymagania, ale jak kto woli. OST zazwyczaj pasowały, a głosy były dobrane dobrze. Dla mnie problemem był opening i ending, który w ogóle nie przyciągnął mojej uwagi.
Muszę to powiedzieć całkowicie szczerze. Death Note było moim drugim anime i uważałam je za najlepsze. Wykonane bardzo dokładnie, fabuła dopracowana w 100%. Kreska idealna, muzyka może powinna być lepsza. Zagadki, które występowały w anime również były naprawdę zastanawiające i przemawiające do mnie. Czasem siedziałam i patrzyłam się kilka razy na jedną scenę, ponieważ nie mogłam się nadziwić. Teraz, gdy zaliczyłam już całkiem sporo anime, nadal uważam, że Death Note należy do tych jak najbardziej udanych. Bohaterowie są ciekawymi osobami, niepowtarzalni. Po prostu nadal pamiętam niektóre postacie, a anime oglądałam dosyć dawno. Nikt mi nie wmówi, że czasy Death Note minęły. Często mam wrażenie, że każdy zna to anime, bądź kojarzy je chociaż z nazwy. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy muszą uwielbiać owe anime. Postanowiłam przygotować drobny bonusik co do recenzji. Zapytałam się kilku osób, co o nim sądzą, a to wyniki:
"A więc, Death Note to moje pierwsze i zarazem najlepsze anime jakie miałam
okazje obejrzeć. Najbardziej do gustu przypadło mi to, że w anime zawarte są
elementy psychologiczne. (a takie motywy w anime uwielbiam)
Co do fabuły... bardzo podobała mi się za czasów żywota Lawlieta. W końcowych
odcinkach było trochę gorzej, ale dało się przeżyć. Pewnie to przez to, że
irytował mnie Near.
Zakończenie (chociaż było zupełnie inne niż w mandze) nawet podobało mi się,
mimo iż polubiłam Light'a. Polecam szczególnie osobom. które lubią anime z
zagadkami."
Fenicci
"Według mnie jest to anime raczej przeciętne, animacja i kreska taka sobie. Wątek kryminalny nie jest tak rozwynięty jak na to liczyłam. Szczerze powiedziawszy gdybym niebyła wierną fanką MTH chyba wcale nie słuchałabym OST, bo naprawdę prócz jednej piosenki było tak przeciętne i zrobione po najmniejszej lini oporu, jakby wcale im się nie chciało.
Sama historia zapowiada się całkiem dobrze, paranormalny kryminał, połączenie mogło być ciekawe jednak efekt nie był nawet zadowalający.
Ze wszystkich postaci sentyment czuję tylko do L, niesamowicie kojarzył mi się z Panną Marple z kryminałów Aghaty Christie, dlatego byłam w stanie go wytrzymać.
Z resztą nie podoba mi się również sposób w jaki przedstawiono shinigami, zupełnie odbiega od folkroru japońskiego i nawet w połowie nie są to postaci związane z podaniami japońskimi.
Właściwie zgadzała się tylko nazwa oraz "obdarzanie śmiercią"."
"Według mnie jest to anime raczej przeciętne, animacja i kreska taka sobie. Wątek kryminalny nie jest tak rozwynięty jak na to liczyłam. Szczerze powiedziawszy gdybym niebyła wierną fanką MTH chyba wcale nie słuchałabym OST, bo naprawdę prócz jednej piosenki było tak przeciętne i zrobione po najmniejszej lini oporu, jakby wcale im się nie chciało.
Sama historia zapowiada się całkiem dobrze, paranormalny kryminał, połączenie mogło być ciekawe jednak efekt nie był nawet zadowalający.
Ze wszystkich postaci sentyment czuję tylko do L, niesamowicie kojarzył mi się z Panną Marple z kryminałów Aghaty Christie, dlatego byłam w stanie go wytrzymać.
Z resztą nie podoba mi się również sposób w jaki przedstawiono shinigami, zupełnie odbiega od folkroru japońskiego i nawet w połowie nie są to postaci związane z podaniami japońskimi.
Właściwie zgadzała się tylko nazwa oraz "obdarzanie śmiercią"."
Żmijka
Mam nadzieję, że recenzja się podobała c:
Mlecznaa
Mlecznaa
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




